Centra krwiodawstwa


aaa

Przyjaciele Krewniaków


Partnerzy/Patroni


Polecamy


Szukaj

Podaj frazę do wyszukania.


Newsletter

Chcesz otrzymywać informacje o HK i KREWNIAKACH. Zapisz się.


aac

Informacje

Niedziela 16 września 2007r.

Rozmowa z prof. JANUSZEM SKALSKIM, kierownikiem Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej


Tytuł z gazety, z 28 lipca br.: „Lekarz oddał swoją krew, aby móc zoperować serce dziecka". Tym lekarzem był Pan, Profesorze.


„Wyjaśnię powody, dlaczego akurat wtedy oddałem krew. Wiele jej w swoim życiu nie oddałem, chyba osiem litrów... Wtedy sytuacja była wyjątkowa. Wojewódzka Stacja Krwiodawstwa w Krakowie wystąpiła z dramatycznym apelem o oddawanie krwi. Jej po prostu brakowało. Zapasy były tak niewielkie, że nie można było wręcz operować planowych pacjentów. A gdyby doszło do katastrofy, na przykład drogowej, bylibyśmy kompletnie bezradni”.

„Po takim apelu Stacja zwróciła się do mnie: „proszę nam jakoś pomóc, niech pan coś zrobi, sytuacja jest tragiczna!”. „Cóż ja mogę zrobić? - odpowiedziałem pytaniem. Skoro apele w telewizji nie są skuteczne, to czy ja będę miał większą siłę przebicia? Tłumaczę: nie potrafię mówić przekonywającym językiem. Jedyne, co mogę zrobić, to samemu oddać krew... Tak jak to wielokrotnie już robiłem, jak czynili to moi koledzy ze służby zdrowia i wielu innych ludzi, którzy nic wspólnego z ochroną zdrowia nie mieli i nie mają wspólnego”.

To znaczy jak?

„Normalnie: w ciszy, spokoju, bez rozgłosu i w dobrej wierze. Stacja prosiła mnie, bym w kolejnym apelu telewizyjnym powiedział, że brakuje krwi dla noworodków, dla dzieci. Obiecałem, że powiem, bo to czysta prawda. Codziennie w Polsce trzeba około 1000 litrów krwi, dla dzieci również. Wcześniej jednak poszedłem i oddałem krew. Tym bardziej że czekała na mnie operacja małego Bartusia. Stacja dała mu krew, choć była brana z żelaznej rezerwy. Oddałem swoją, mam rzadką grupę B Rh+. To nie był jednak swego rodzaju handel wymienny, jak później pisali - używając swoistego skrótu myślowego – dziennikarze”.

Ktoś mógłby powiedzieć, że takie postępowanie przed poważną operacją dziecka naraża je na niebezpieczeństwo...

„Obawiałem się takich opinii. Z drugiej strony, krew oddawałem nie pierwszy raz, znam swój organizm. W końcu jestem lekarzem! Oddanie 500 mililitrów krwi przez zdrowego człowieka - warto to pamiętać - nie jest żadnym gestem bohaterskim, lecz czymś najzwyczajniej normalnym. Bo przecież, jeśli żyje się w społeczeństwie, to powinno się od czasu do czasu także pomyśleć o innych. I jedynie tą przesłanką kierowałem się, gdy oddawałem w lipcu krew. Podsumowując ten wątek: cieszę się, że operacja się udała. Dla dziecka znalazła się krew. Z pewnością moja też się komuś przyda i wcale nie uważam się z tego powodu za bohatera!”

Media jednak orzekły: prof. Skalski jest bohaterem!

„Powtarzam: nie jestem bohaterem. A jeśli nim jestem, to są też nimi dziesiątki tysięcy, może setki tysięcy bezimiennych krwiodawców. Osobiście jednak uważam, że w swoim geście nie widzę niczego nadzwyczajnego. I choć prasa troszkę inaczej przedstawiła tę całą sytuację, to cieszy, że tu i ówdzie zareagowano na telewizyjne apele. Cieszy mnie, że mam swój maleńki udział w tym, że podczas tegorocznego Przystanku Woodstock młodzież oddala 700 litrów Krwi”.

Gdy się czyni coś niecodziennego, bywa tak, że jedni ten czyn chwalą, a inni dopatrują się w nim jakiegoś ukrytego dna. Na forach internetowych spotkałem się z opiniami, że gest z oddaniem krwi byt PR-owskim zagraniem. Od połowy czerwca kieruje Pan Kliniką, zawiadywaną dotąd przez prof. Edwarda Malca.

„Przykro mi, gdy słyszę takie opinie. Ktoś kiedyś powiedział, że z każdej perły można zrobić kulkę dla skarabeusza. Tak, dotarły do mnie głosy, że był to wyreżyserowany gest. Kto tak twierdzi, jest najzwyczajniej złym człowiekiem. Artykuł, którego tytuł zacytował pan na początku, zrobił wiele dobrego dla sprawy krwiodawstwa. Po nim „polała się krew". Zazwyczaj leje się ona na wojnie... Chodzi o to, by lała się dla ludzi, którzy jej potrzebują”.

„W materiale tym autorka napisała, że doszło do swego rodzaju wymiany: Skalski dał krew rzadkiej grupy za krew dla dziecka czekającego na operację. Powtarzam, żadnej takiej wymiany nie było. Słowa poszły w świat i na ich podstawie w pewnej warszawskiej rozgłośni - między innymi - etycy po dyskusji stwierdzili, że dopuściłem się czynu... niegodnego lekarza, bo przecież nie można handlować krwią”.

Pan mawia, że dobrym lekarzem jest dobry człowiek...

„Powtarzam to, co wcześniej powiedział Carl Wilhelm Hermann Nothnagel - wielki lekarz berliński z przełomu XIX i XX wieku... „

Gdy się patrzy na to, co dzieje się w polskim świecie medycznym, to można mieć wątpliwości, czy wszyscy lekarze są dobrymi ludźmi. Mirosław G. nie jest teraz postrzegany według definicji Nothnagela.

„Przypiera mnie pan do muru. Nie bardzo chciałbym się wypowiadać na temat któregokolwiek z kolegów będących bohaterami medialnych sprawozdań z akcji przeprowadzanych przez Centralne Biuro Antykorupcyjne, a które zostały publicznie napiętnowane. Choćby dlatego, że wobec nich toczą się postępowania i dopiero sąd ma rozstrzygnąć o ich winie lub niewinności. Mogę podzielić się moimi odczuciami, gdy widziałem w telewizji to, co widziało miliony Polaków. To były odczucia fatalne”.

„Sądzę, że - zostańmy przy doktorze G. - sponiewierano godność człowieka bez względu na to, czy ma coś na sumieniu, czy też nie. Nie można oskarżać kogoś o dokonanie morderstwa w związku z wykonywaną pracą, kiedy nie ma się pojęcia o tej pracy. Najgorsze jest to, że uczyniono nie tylko wielką krzywdę Mirosławowi G., ale przede wszystkim pacjentom polskiej transplantologii, którą takimi działaniami wpędzono w głęboki impas...”

A może należałoby się zastanowić, jakież to mamy społeczeństwo, skoro po takich zdarzeniach nagle uważa ono, że nie należy po śmierci dzielić się sobą z innymi?

„Decyzja o pobraniu narządów zapada w sytuacjach tragicznych, gdy w rodzinie ginie człowiek. I gdy ta rodzina naszpikowana jest wiadomościami o nieprawidłowościach towarzyszących przy pobieraniu narządów, to często przyjmuje postawę na „nie”.

Uprawianie medycyny jest dziś służbą, jak to przez lata twierdzono, czy zawodem; szczególnym, ale w swych zasadach takim, jak setki innych. Wykonuje się dany zawód po to między innymi, by mieć z czego żyć. A każdy chce żyć lepiej, a nie gorzej.

„Tak, racja. Społeczeństwo oczekuje od lekarza czegoś więcej niż od kogoś innego...”

A może i państwo oczekuje od lekarza czegoś ponad miarę: heroizmu, poświęcenia itp.?

„I w gruncie rzeczy tak jest. Jednak w każdej grupie zawodowej są lepsi i gorsi. Pan Bóg, proszę pana, ma różnych lokatorów. Gdyby wszyscy byli tacy sami, to życie byłoby mniej barwne, by nie powiedzieć, że szare... Każdy z nas myśli o tym, by zarabiać coraz więcej. Nie ma nic w tym nagannego. Jeśli jednak lekarza posądza się wyłącznie o to, że pracuje dla zarobku, to dopuszcza się niezwykłego uproszczenia. Sądzę natomiast, że wśród naszych lekarzy zdecydowanie jest więcej tych, którzy zasługują na szacunek niż na potępienie”.

Pamięta Pan pierwszego pacjenta, któremu uratował życie?

„Bardzo dokładnie pamiętam pierwszego pacjenta, któremu nie udało mi się uratować życia. To był dorosły człowiek...”

Ale śmierć dziecka jest wielokroć bardziej przygnębiająca od śmierci siedemdziesięciolatka.
Tak uważam, a Pan?

„Każda śmierć jest przygnębiająca. Nigdy nie wiemy, ile ten siedemdziesięciolatek mógłby jeszcze pożyć i ile dobrego zrobić...”

Gdy umiera dziecko, mówi się: szkoda, jeszcze tyle lat życia miało przed sobą.

„Tak, mogło żyć sto lat. W rzeczywistości często mamy do czynienia ze śmiercią małych dzieci obciążonych wieloma wadami nie tylko serca, ale i innych narządów. Powiem szczerze, że w głowach lekarzy też kłębią się różne myśli, bo czasem przedłużamy życie dziecka, które jest głęboko upośledzone...

Pan powiedział: przedłużamy, a nie ratujemy.

„Tak, i powiedziałem to z pełną świadomością. Operując dziecko głęboko upośledzone, albo obciążone rozwojową wadą serca, wiemy, że nie podarujemy mu wielu lat życia w pełnym komforcie fizycznym i nie możemy o nim powiedzieć, że jest zupełnie wyleczone. Ponura prawda jest taka, że przy bardzo złożonych wadach wrodzonych serca nie jesteśmy w stanie dać pacjentowi gwarancji, że przeżyje tyle lat, ile każdy przeciętny członek społeczeństwa”.

„Często wiemy, że to dziecko będzie żyło nie więcej niż dwadzieścia, trzydzieści lat, jeśli nie stanie się biorcą serca. Tak na to patrząc, współczesna medycyna będzie mu mogła jeszcze wielokrotnie przedłużać życie i dać do wykorzystania jeszcze kilka kolejnych lat w doraźnym komforcie fizycznym. Zresztą, gdy się stoi nad stołem operacyjnym, o takich rachubach absolutnie się nie myśli, bo trzeba ratować za wszelką cenę każdego pacjenta”.

15 czerwca zastąpił Pan w krakowskiej klinice prof. Edwarda Malca. Jego odejście do kliniki w Monachium stało się już bardzo głośne.

„Pyta pan, czy mam w związku z nowym miejscem pracy jakieś obawy? Pracuję od niedawna w ośrodku, który zasłynął ze znakomitego poziomu kardiochirurgii i rzeczywiście, niełatwo będzie sprostać oczekiwaniom pacjentów. Ośrodek krakowski wyspecjalizował się w pewnych konkretnych sferach kardiochirurgii serca osiągając w nich znakomite efekty. Po pierwszych tygodniach pracy mogę powiedzieć, że nie obniżyliśmy poziomu. Dzięki świetnemu przygotowaniu całego zespołu mojego poprzednika po sześciu tygodniach od zaistniałych zmian kadrowych wyniki nie są gorsze. Operujemy dokładnie to samo. W tym czasie zoperowaliśmy czworo dzieci z zespołem hipoplazji lewego serca. Ich stan jest zadowalający. Operowaliśmy bardzo ciężkie, wrodzone wady serca. Do tej pory w sumie zoperowaliśmy 44 dzieci. Wszystkie operacje udały się. Uważam, że to sukces nie tyle mój, co całego zespołu. Zespół jest świetny, klinika jest znakomicie przygotowana do prowadzenia kardiochirurgii serca na najwyższym, światowym poziomie, bo na takim była prowadzona”.

„Zobaczymy, jak będzie za kilka miesięcy. Chciałbym bardzo, by nie obniżyć wypracowanego poziomu. Chciałbym także nieco poszerzyć ofertę i zająć się tymi działami z zakresu kardiochirurgii wad wrodzonych serca, które dotąd były traktowane marginesowo. Wreszcie bardzo zależy mi na tym, by nie doszło do paraliżu organizacyjnego kliniki, gdyż jesteśmy obecnie zaabsorbowani wyłącznie pacjentami chronikami - ze złożonymi wadami serca - czyli wymagającymi bardzo długiego, czasem wielotygodniowego postępowania w ramach intensywnej terapii pooperacyjnej. Tymczasem w takiej sytuacji każda klinika zajmująca się ciężkimi wadami musi pomyśleć także o leczeniu przypadków mniej skomplikowanych”.

„Wtedy można osiągnąć płynność działania, a równocześnie zapewnia się - przy obowiązującym sposobie finansowania służby zdrowia - dochód pozwalający na dofinansowanie leczenia tych najciężej chorych”.

Wracając do początku rozmowy... Nawet gdyby się oddało krew w zamian za inną, bezwzględnie potrzebną do ratowania życia, to gdzie tu brak etyki?

„Bywa tak, że rodzina oddaje krew, by zagwarantować ją swojemu bliskiemu. Jest to myślenie w rodzaju „coś za coś". Oddajemy więc krew z myślą - dla bliskiej nam osoby, ale okazuje się, że jest nieodpowiedniej grupy... Wiemy wtedy, że oddajemy ją dla obcych ludzi, ale z drugiej strony liczymy, że ktoś obcy oddał ją dla naszego krewnego. Jest więc w tym wszystkim jakiś element „handlu wymiennego". Dla jednych, bo dla innych - w tym dla mnie - to jest rodzaj dżentelmeńskiej umowy, w której nie powinno się dostrzegać niczego zdrożnego”.

Rynek Zdrowia, 01.09.07


Monitoring prasy zapewnia INSTYTUT MONITOROWANIA MEDIÓW.



 


Komentuj Wszystkie komentarze
(0)

RCKiK


Krewniacy polecają



Zamknij

Skomentuj artykuł


Podaj kod z obrazka (5 znaków)
Zamknij

Napisz do nas



Podaj kod z obrazka (5 znaków) (Podaj kod)

* oznaczono pola wymagane
Katarzyna Velinov, krewniacy, Marcin Velinov

Krewniacy - Europejska Fundacja Honorowego Dawcy Krwi 
adres do korespodencji : Domaniewska 35A lok 41, 02-672 Warszawa, Tel. 602 33 11 33
© 2012 KEFHDK. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Światowa Fundacja Promocji Krwiodawstwa - Krew dla Życia
ul. Mokotowska 58/10, 00-543 Warszawa, Tel./fax 22 620 51 52
© 2011 SFPKKZ. Wszelkie prawa zastrzeżone.