Centra krwiodawstwa


aaa

Przyjaciele Krewniaków


Partnerzy/Patroni


Polecamy


Szukaj

Podaj frazę do wyszukania.


Newsletter

Chcesz otrzymywać informacje o HK i KREWNIAKACH. Zapisz się.


aac

Informacje

Poniedziałek 9 czerwca 2008r.

SPRZEdawstwo Krwi nie popłaca!

Niemcy robią biznes na niewiedzy i pazerności młodych Polaków. Polscy uczniowie masowo sprzedają krew na osocze w prywatnym niemieckim centrum w Goerlitz. Niby wszystko jest legalne i w zgodzie z przepisami - nie wiadomo tylko, dlaczego w zjednoczonej Europie obowiązują różne normy w zakresie poboru krwi i jej składników.

Mariusz Szczutkowski jest żywym przykładem niemieckiego porządku i staranności. Gdy tylko system komputerowy podliczył, że polski dawca oddał łącznie 28 litrów osocza, chłopak został poinformowany, że na razie musi się wstrzymać z kolejnymi pobraniami. Mariusz ma 19 lat i jest uczniem III klasy technikum ekonomicznego w Zespole Szkół Zawodowych im. Emilii Plater w Zgorzelcu. Od sierpnia 2007 do marca 2008 chłopak sprzedał w Haema Blutspende-zentrum w Goerlitz 28 litrów osocza. Teraz ma wymuszoną przerwę. Jeśli zechce nadal sprzedawać swoje osocze, musi poczekać do sierpnia. Dopiero wtedy będzie można rozpocząć nowy, 28-litrowy cykl pobrań.

"Najpierw chodziłem co tydzień, ale później zacząłem chodzić co 4 dni. Cały czas dobrze się czuję, nigdy nie miałem żadnych negatywnych objawów" - twierdzi młody dawca. Oczywiście, że robił to dla pieniędzy. Z jakiego innego powodu miałby upuszczać sobie krwi w Niemczech?

Mateusz Krzemiński jest tegorocznym maturzystą w tej samej szkole. Zaczął oddawać osocze na przełomie stycznia i lutego. Ostrożnie, z głową, bo jest czynnym sportowcem. Chodził do Goerlitz raz na tydzień, czyli 4 razy w miesiącu. Zrezygnował po sprzedaniu około 10 litrów krwi.

"Organizm zaczął mi odmawiać posłuszeństwa, przestałem wyrabiać na treningach" - opowiada kapitan drużyny piłkarskiej Bazalt Sulików. "Aż się chłopaki z drużyny zaczęli wypytywać, co mi jest. Dochodziłem do formy przez dwa tygodnie od ostatniego pobrania krwi" - mówi maturzysta, który wybiera się na AWF.

Mateusz odczuł na własnej skórze, że tak intensywne drenowanie organizmu nie wychodzi na dobre. U niego wprawdzie obyło się bez dramatycznych przygód, ale własną siostrę musiał ratować jeszcze na schodach Haemy w Goerlitz. "Po trzecim pobraniu zasłabła. Zmiękły jej nogi, wywróciła gałkami ocznymi. Wtedy już wiedziałem, że to nie jest dla niej. Odradziłem jej kolejne wizyty i tak samo odradzę każdemu innemu, kto mnie o to zapyta. Nie warto".

Na początku swej działalności Blutspendezentrum Haema w Goerlitz płaciła nie tylko za samą krew (15-30 euro za jednostkę), ale także za przyprowadzenie kolejnego, nowego dawcy. Teraz firma już nie musi w taki sposób zabiegać o klientów. Polacy sami podstawiają swoje żyły. Zdarza się, że ludzie mdleją przy pobraniu krwi, i nie ma większego znaczenia, czy dzieje się to w prywatnym niemieckim centrum, czy w polskiej stacji krwiodawstwa. Pielęgniarki ze zgorzeleckiego oddziału Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Wałbrzychu twierdzą, że wszystko zależy od motywacji.

"Jak ktoś przychodzi oddać krew ze świadomością, że pomaga w ten sposób innej osobie, to z reguły nie ma żadnych problemów. A jak ktoś się boi, nie jest do końca przekonany, waha się" - to wtedy wszystko się może zdarzyć. Owszem, w stacji w Zgorzelcu pojawiły się już dwie osoby, które wcześniej oddawały krew w Goerlitz. Przeniosły się jednak do Zgorzelca, bo tam ludzie mdleją". Teraz, zamiast euro, dostają 8 czekolad i pół kilo mielonki w konserwie.

"Cała ta sprawa bardzo mnie obciążyła" - przyznaje Teresa Trent, pielęgniarka w Zespole Szkół Zawodowych im. Emilii Plater w Zgorzelcu, która już jaliś czas temu zwróciła uwagę na problem uczniów sprzedających swoją krew. "Przekręcono moje słowa. Nigdy nie powiedziałam, że były utraty przytomności wśród uczniów. Owszem, było kilka zasłabnięć, kilka przypadków złego samopoczucia, ale nikt nie zemdlał na lekcji" - zapewnia pielęgniarka, która do niedawna cieszyła się bezgranicznym zaufaniem swoich podopiecznych. Po aferze" z krwią młodzież uznała, że kobieta ich zdradziła, a sama pracownica mocno zastanawia się teraz nad konsekwencjami nagłośnionej przez media sprawy.

"Gdyby to dotyczyło mojego dziecka, z całą pewnością bym ingerował" - zapewnia Andrzej Weychan, dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych. "Sam jestem rodzicem, a do tego nauczycielem i opiekunem tych młodych ludzi. Mogę zrozumieć i przymknąć oko na wiele spraw, ale nie na kwestie bezpieczeństwa. A gdyby któryś z uczniów umarł. Uznałem, że należy nagłośnić sprawę".

Uwagę dyrektora przykuły grupki młodzieży szkolnej, wędrujące ulicami Goerlitz po godz. 17 i 18. "Zacząłem się zastanawiać, czego oni tam szukają o tej porze. Przyszło mi do głowy, że może mamy problem z prostytuowaniem się uczniów. Ale na szczęście nie. Okazało się, że oddają krew za euro. A. Weychan przeprowadził wiele rozmów ze swoimi podopiecznymi i dziś szacuje, że "czynnych krwiosprzedawców" ma od 50 do 100.

"I to może być czubek góry lodowej!" - przestrzega nauczyciel, który ma w swojej szkole 860 uczniów. Mariusz Szczutkowski szacuje, że on sam wie co najmniej o setce innych uczniów. Jolanta Szymańska, dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych i Licealnych w Zgorzelcu, twierdzi, że nie miała dotąd żadnych niepokojących sygnałów o swoich uczniach. "Im jest chyba wygodniej biegać do naszego szpitala, bo tu dostają zwolnienie ze szkoły za ten dzień. Może my mamy bogatszą młodzież" - zastanawia się dyrektor.

"A wie pani, z której szkoły najwięcej uczniów chodzi do Goerlitz" - zaczepnie pyta Mateusz. "Nie zgadnie pani. Z ogólniaka!" Na czym właściwie polega problem, skoro - wbrew doniesieniom prasowym - nie było żadnych masowych omdleń na lekcjach, a pozostałe zgorzeleckie szkoły (Zespół Szkół Zawodowych) nie zarejestrowały niepokojących symptomów. Sprawa dotyczy wszak wyłącznie osób pełnoletnich, czyli takich, które po okazaniu dowodu osobistego dostaną już w sklepie wódkę czy papierosy. Niektórzy rzeczywiście wciąż są uczniami, ale w świetle prawa mogą decydować o sobie samodzielnie. Po drugie, jak sami twierdzą - nie robią przecież nic złego: nie kradną ani nie oszukują, żeby mieć na fajki czy na dyskotekę. O co więc naprawdę chodzi

"Ja nie mam nic przeciwko temu, że Niemcy płacą za krew" -zapewnia dyrektor Weychan. "Chciałbym, żeby polscy krwiodawcy też mieli płacone. Interesują mnie natomiast dwie inne sprawy. Po pierwsze, czy dzieci oddające krew i ich rodzice mają pełną świadomość możliwych konsekwencji. Bo ja rozmawiałem z takimi uczniami, którzy mówili: mama mnie zabije, jak się dowie! A po drugie, chciałbym wiedzieć, czy Niemcy działają legalnie. Dyrekcja szkoły powiadomiła już o sprawie starostwo zgorzeleckie oraz kuratorium oświaty. Przygotowywane jest oficjalne wystąpienie do ministerstwa zdrowia i ministerstwa edukacji narodowej.

Na pytanie wystosowane do centrali Blutspendezentrum w Lipsku, firmy skupiającej 19 centrów krwiodawstwa w Niemczech nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Nieco światła rzuciło na sprawę Narodowe Centrum Krwi w Warszawie. Jak informuje dyrektor Agnieszka Beniuk-Putola, w Polsce od jednego dawcy nie można w ciągu roku pobrać więcej niż 25 litrów osocza, a przerwa między pobraniami nie może być krótsza niż 2 tygodnie; chyba że lekarz wyrazi zgodę na skrócenie tej przerwy - informuje pani dyrektor. "Kwestia niemieckich przepisów w tym zakresie jest podobna, w ciągu roku nie można oddać więcej niż 25 litrów osocza, a jednorazowo można maksymalnie oddać 660 ml osocza. W związku z powyższym różnica dotyczy jedynie częstotliwości, gdyż to lekarz może wyrazić zgodę na skrócenie przerwy między pobraniami. W Polsce sporadycznie lekarz zgadza się na krótszą przerwę niż 2 tygodnie, jednakże priorytetem jest bezpieczeństwo i zdrowie dawcy. Wygląda na to, że niemieccy lekarze w sposób ciągły i trwały godzą się na skracanie owej przerwy, ponieważ na stronach internetowych Haemy wyraźnie informuje się, iż rocznie można pobrać do 28,5 litra osocza w odstępach czterodniowych.

Narodowe Centrum Krwi nie może wypowiadać się na temat obcego i zlokalizowanego poza granicami RP, prywatnego podmiotu, jakim jest Firma Haema. Ponieważ jednak jej działalność dotyczy obywateli polskich i może mieć wpływ na ich zdrowie, minister zdrowia RP skierował do ministra właściwego do spraw zdrowia Niemiec pismo z prośbą o zbadanie legalności działań prywatnego podmiotu w Goerlitz, skupującego osocze od polskich dawców. Zdaniem Narodowego Centrum Krwi zwiększenie częstotliwości oddawania osocza może doprowadzić do negatywnych skutków ubocznych w dłuższym okresie czasu, gdyż w pewnym momencie składniki osocza, głównie białka, nie będą w stanie się w pełni odnawiać. Trudno w tej chwili o jednoznaczny komentarz. Wprawdzie, jak informuje Narodowe Centrum Krwi, Polska w zakresie gospodarki krwią i jej składnikami kieruje się obowiązującymi regulacjami prawnymi UE. W myśl tych przepisów zalecane są określone normy - jednakże kraje członkowskie mogą je modyfikować, nie przekraczając maksymalnych wartości. Na ile zmodyfikowała obowiązujące we wspólnej Europie normy firma Haema, i czy zrobiła to zgodnie z prawem - dopiero się okaże.

Nowiny Jeleniogórskie, 03.06.2008


Monitoring mediów zapewnia PRESS SERVICE


Komentuj Wszystkie komentarze
(4)

RCKiK


Krewniacy polecają



Zamknij

Skomentuj artykuł


Podaj kod z obrazka (5 znaków)
Zamknij

Napisz do nas



Podaj kod z obrazka (5 znaków) (Podaj kod)

* oznaczono pola wymagane
Katarzyna Velinov, krewniacy, Marcin Velinov

Krewniacy - Europejska Fundacja Honorowego Dawcy Krwi 
adres do korespodencji : Domaniewska 35A lok 41, 02-672 Warszawa, Tel. 602 33 11 33
© 2012 KEFHDK. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Światowa Fundacja Promocji Krwiodawstwa - Krew dla Życia
ul. Mokotowska 58/10, 00-543 Warszawa, Tel./fax 22 620 51 52
© 2011 SFPKKZ. Wszelkie prawa zastrzeżone.